#wgóryzmpd

Wakacje marzeń odc.2 Dolina Chochołowska

Na pierwszy, długo spacer wybraliśmy Dolinę Chochołowską. Z mapy odczytaliśmy, że część trasy możemy przebyć traktorem stylizowanym na pociąg. Kolej Turystyczna Rakoń rusza przed Siwą Polaną i dowozi pasażerów do Polany Huciska, co pozwala skrócić pieszą wędrówkę o godzinę. Ceny biletów sięgały kilku złotych, więc ustawiliśmy się na postoju, by zająć miejsce w pojeździe.

Po drodze mijaliśmy Bacówki z regionalnymi wyrobami, dalsza część trasy prowadziła wzdłuż Siwej Wody, a potem Chochołowskiego Potoku…Nie wiem, kiedy kończył się jeden ciek, a zaczynał drugi. Z mapy również to nie wynika. Cały czas szliśmy obok płytkiej, lodowatej górskiej rzeczki.

Szymon upodobał sobie leżenie na wprost i nie dał się przekonać do zgięcia główki i przytulenia się do policzkiem do pleców Tatusia. Całkiem zadowolony rozglądał się wokół, a rytmiczny ruch Ojca, kołysał dziecko i wprowadzał w błogostan. Do tego to powietrze…świeże, pachnące żywicą i górskim strumieniem…Wspaniała inhalacja dla dzieci z dysplazją oskrzelowo-płucną.

Michałek – targany ciekawością i strachem – zaglądał niepewnie do małych szczelin w skałach w poszukiwaniu potworów. To dziecko łyka jeszcze każdy żart niczym przysłowiowy pelikan, a my mamy niezły ubaw. Potem syn był rozbawiony, bowiem posiada umiejętność śmiania się z samego siebie. Ja w jego wieku obrażałam się, chwytałam się rączką pod bok i tupałam ze złości stópką. Ha ha ha.

Zbliżaliśmy się do zabytkowych, drewnianych budowli…

Wędrówce towarzyszyły rozmowy o górach, przyrodzie oraz potrzebnym ekwipunku. Michał stwierdził, że niezbędnym elementem wyposażenia plecaka jest…pasztet i krojony chleb. Nietrudno dziwić się temu skojarzeniu, bowiem uwielbiamy robić posiłki na świeżym powietrzu. Gotowe kanapki są zawilgocone, oklapłe. A my smarujemy pieczywo na świeżo, w jakimś malowniczym zakątku. Jak zapomnimy noża, to zginamy sreberko z wieczka pasztetu. Tym razem rozsiedliśmy się na łące wśród stada owiec…

Wypięliśmy Szymona z nosidła. Dzieci były szczęśliwe wśród przyrody, a nasz posiłek w tak urokliwym miejscu smakował wybornie. Na soczyste, głęboko rubinowe jabłka mieliśmy ochotę bardziej, niż kiedykolwiek.

Szymka dopajaliśmy często, by nam nie osłabł. Pogoda była jednak wymarzona na piesze wędrówki: niewiele ponad dwadzieścia stopni i bezwietrznie. Upał zamówiliśmy sobie dopiero na pobyt nad jeziorem, a niebiosa spełniły nasze prośby. Warunki atmosferyczne były idealne przez cały urlop!

Rozejrzeliśmy się jeszcze w prawo…

I w lewo…

…i udaliśmy się w dalszą podróż w stronę do Schroniska na Polanie Chochołowskiej im. Jana Pawła II. Michał pałaszował pyszną szarlotkę z sosem jagodowym, którą szczerze polecam. Kusiło nas jeszcze, by obejść zielonym szlakiem Wyżnię, lub czerwonym – Dolinę Trzydniowiańską, jednak szlaki były zbyt rozległe. Nie zdążyli byśmy wrócić przed nocą.

Siedzieliśmy przy stoliku i spoglądaliśmy na przebytą drogę…

Udaliśmy się w drogę powrotną, po drodze zbaczając nieco po Krawędzi Polany Chochołowskiej, by dotrzeć do Kaplicy św. Jana Chrzciciela. Tam, zgodnie z utartym zwyczajem, podziękowaliśmy Bogu za naszą Rodzinę i zaznaczyliśmy, że nie przyszliśmy o nic prosić. My jesteśmy bardzo szczęśliwi i kpiną było by proszenie o cokolwiek więcej. Największą wartością dla nas jest to, że mamy siebie. Że Szymon nie chodzi? I co z tego, skoro z jego cudnej buziuni nie schodzi uśmiech? Ilu zdrowych ludzi jest wiecznie skwaszonych i rozgoryczonych swoim życiem…

Chcieliśmy jeszcze wpisać się do pamiątkowej księgi: „Tu dotarł Szymon Młynarczyk, mimo mózgowego porażenia dziecięcego. Przybył na silnych ramionach Ojca, wiedziony radości życia Matki. Jego brat Michał, który miał nie chodzić, dzielnie znosi pieszą wędrówkę po Tatrach na własnych nogach. Dziękujemy, że możemy kochać się i być tutaj całą rodziną”. Niestety wszelkie długopisy były wyczerpane. „Nie martw się Jacek…To oznacza, że musimy tu wrócić. Nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny”. Może za kilka lat Szymek przyczłapie na swoich porażonych nogach i nabazgrze własny, samodzielny wpis? Mam takie głębokie przeczucie, że tak właśnie będzie. Potrzebny jest tylko czas…

Nie chcieliśmy wracać cały czas tą samą drogą…

…dlatego zdecydowaliśmy skręcić w czarny szlak w stronę Lejowego Potoku, a następnie żółtym do Doliny Lejowej. Potem tylko kawałek po zielonej ścieżce i dotarli byśmy do szosy. Plan by się udał, gdyby nie to, że zasugerowaliśmy się wyłącznie kolorem szlaku i nie sprawdziliśmy drogowskazów. Tym sposobem skręciliśmy o kwadrans za szybko i podążaliśmy w stronę Iwanickiej Przełęczy. Czułam, że droga była niewłaściwa: za stroma i całkiem męcząca. Skaliste stopnie prowadziły cały czas ku górze. Zawsze sugeruję się ułożeniem warstwic i nasza trasa – upatrzona na mapie – miała być dość łatwa do pokonania. Kiedy na wysokości 1459 metórw zobaczyliśmy drogowskazy na Halę Ornak, cisnęło mi się na usta przekleństwo.

Nie żałowaliśmy wędrówki, bo widoki były cudne, a różowe kwiaty wokół sprawiały, że czuliśmy się niczym w raju.

Wielkie łany Wierzbówki Kiprzycy…

Dzwoneczków też były olbrzymie skupiska. Takie urocze, niebieskawe kielichy na niepozornych łodyżkach. Zjawiskowe!

Byłam zła na naszą niefrasobliwość. W górach trzeba być czujnym, a my szliśmy dalej mimo, że czułam podświadomie niepokój. Wróciliśmy więc do szerokiego deptaka, przeszliśmy jakieś piętnaście, dwadzieścia minut, a potem okazało się, że z powodu robót leśnych, jakieś wycinki drzew…upatrzona przez nas trasa była zamknięta. Dzięki pomyłce mieliśmy więc okazję spacerować tą drogą, która w tamtym czasie była dostępna dla turystów.

Trasa do Przełęczy Iwanickiej była po części podmokła i wiodła przez las. Wokół wiele drzew czekało na uprzątnięcie. Mogliśmy pokazać dziecku jak płytki jest układ korzeni u roślin rosnących w górach w porównaniu do szerokości pnia.

Potem ścieżka stała się bardziej stroma i przyszło nam stąpać po kamieniach, a potem dużych, skalnych półkach. Niosłam przez chwilę Szymka, żeby odciążyć Męża, ale byłam bliska wyzionięcia ducha. Michał sprytnie przebierał nóżkami, ten – w niepozornym ciałku – ma siłę konia pociągowego! „Skąd to się w dziecku bierze?” – cały czas zastanawiałam się w duchu – „Nie wiem”.

Mozolny marsz urozmaicaliśmy rozmowami na temat przyrody. Syn już wie, że mech rośnie od północnej strony i może zastąpić odczyt z kompasu. Na tym odcinku znaleźliśmy jeszcze ładne porosty i dojrzałe poziomki.

Porosty to symbiotyczny twór grzybów i zielenic, albo sinic. Przy braku wody przechodzą w stan uśpienia. Sinice mają zdolność przyswajania azotu z atmosfery, dają też grzybom glukozę z procesu fotosyntezy. Grzyby natomiast dają schronienie, przytwierdzają porost do podłoża i dzielą się wodą oraz solami mineralnymi.

Do Hali Ornak nie odważyliśmy się wyruszyć, za daleko jak na pierwszy dzień wędrówki.  Ze szlaku wracaliśmy dziarskim krokiem, bo nadeszło późne popołudnie.

Jeszcze udało mi się złapać chłopców razem w kadrze: zmęczeni, ale szczęśliwi. Niesforna czapka przysłaniała Małemu Krasnalowi oczka. Cały dzień dziecko cierpliwie podróżowało w nosidle. Jeszcze późną nocą w hotelu Szymon wesoło tupał nóżkami, co nas niesamowicie zaskoczyło. Pełen werwy o dwudziestej drugiej…

Pod koniec wędrówki spotkaliśmy jeszcze krowę pasącą się na na górskiej łące, a potem kupiliśmy w pobliskiej Bacówce dużego Oscypka, którego ze smakiem zjedliśmy – wraz z ciemnym chlebem i malinowym pomidorem – na kolację. Prawdziwy, tradycyjny wyrób jest robiony z owczego mleka, które nie wymaga mocno konserwowania. Wszystkie podróbki tatrzańskiego produktu są piekielnie słone, po czym można je łatwo rozpoznać. Takie sery z krowiego mleka jedliśmy w Karkonoszach. Aż buzię wykręcało, a po małym kęsie człowiek miał dosyć. Nasz prawdziwy Oscypek był mocno wędzony, pachnący dymem drzew liściastych. Jego skórka była twardawa, aromatyczna, po prostu prawdziwa…

(Jeśli zdjęć nie da się odczytać, proszę o maila igagie@onet.eu Trwają prace modernizujące stronę.

***

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *