#wgóryzmpd

Rysy 2499 m. n.p.m.

Pod koniec sierpnia 2017 roku wpadliśmy z Jackiem na pomysł, by zdobyć z synami Koronę Gór Polski. Z rozbrajającym uśmiechem i szaleństwem w oczach oznajmiliśmy wszystkim, że jesteśmy rąbnięci (użyliśmy wtedy bardziej dosadnego sformułowania) i nasz plan zrealizujemy…Jakoś. Jedno trzeba przyznać: jak coś wbiję sobie do łba, to nie ma na mnie mocnych. Wspierana przez rozentuzjazmowanego Męża, motywowana radością Michała i Szymona, otoczona ludzką życzliwością, rozłożyłam to wyzwanie na 12 miesięcy. 28 sierpnia 2018 roku był dniem, kiedy targnęliśmy się na ostatni z 28 szczytów. Były to Rysy, wierzchołek Polski.

Przez ten rok przeszliśmy 600 kilometrów, pokonaliśmy ponad 30 tysięcy metrów przewyższenia (3,5 wysokości Mount Everestu) i zdobyliśmy spore doświadczenie w różnych warunkach terenowych i pogodowych. Po drodze zdobyliśmy Koronę Sudetów, Koronę Beskidów Polskich, odwiedziliśmy 11 Parków Narodowych. Ale oczekiwanie na tę najważniejszą wyprawę było dla mnie niezwykle stresujące.  Kiedy zobaczyłam górę, na którą muszę wejść, robiło mi się słabo z wrażenia. Najgorsze było czekanie. Wiedziałam, że strach minie, kiedy zacznę iść. Jacek czuł spokój.

To było olbrzymie wyzwanie logistyczne. Musieliśmy w tym samym czasie zgrać wiele bardzo istotnych spraw: zdobycie taniego noclegu w Zakopanem i na Słowacji, utrzymanie nas w dobrym zdrowiu i sprawności, oczekiwanie na sprzyjającą pogodę, dyspozycyjność doświadczonego górołaza, dostęp do wolnej ekipy telewizyjnej, wykupienie drogiego ubezpieczenia w PZU. Wszystko to musiało nam się udać jednocześnie w konkretnym dniu. Postanowiliśmy podzielić się naszą historią z innymi ludźmi, by wskrzesić w nich iskrę do działania. Najbardziej zależało nam, by dotrzeć do innych rodzin wychowujących niepełnosprawne dzieci.

Napisałam do znajomej dziennikarki – Moniki Zalewskiej – z Polsatu. Szybko dostałam odpowiedź…”Petarda!”. Chwilę później dowiedziałam się, że kobieta chce na Rysy wejść razem z nami. To było spore wzywanie, bowiem – jak szczerze przyznała – nie chodzi po górach regularnie. Osobowością, charyzmą rozprawiła się jednak z wszelkimi ograniczeniami swojego ciała, wzbudzając nasz podziw, a przede wszystkim wielką sympatię. Znam to uczucie, kiedy bardzo zmęczony człowiek prze naprzód wyłącznie siłą woli.

Bardzo zależało mi, by towarzyszył nam TOPR-owiec. Jedna ze znajomych Turystycznych Rodzin PTTK  przyjaźni się z tatrzańskim ratownikiem górskim i poprosiła go o pomoc we wsparciu naszej wyprawy wiedzą i doświadczeniem. Młody mężczyzna zareagował bardzo entuzjastycznie. Poświęcił swój wolny dzień, byśmy z dwójką dzieci szczególnej troski zrealizowali marzenie i bezpiecznie wrócili do domu. To Jasiek decydował, który dzień charakteryzować się będzie najbardziej sprzyjającą pogodą i to On asekurował na linie Michałka w partiach szczytowych góry. Należy pamiętać, że nasze starsze dziecko jest nadpobudliwe psycho-ruchowo i szybciej działa, zanim pomyśli. Jasiek zdjął ze mnie ciężar asekurowania starszego syna. Okazał się takim dobrym duchem naszej wyprawy: serdeczny, wesoły, chętny do pomocy, a do tego skromny. Przez te kilka godzin nie musiałam być szalenie zaangażowaną matką, mającą oczy naokoło głowy. Uffff. Dzięki mężczyźnie poznaliśmy też Bartka, który z zawodu jest przewodnikiem tatrzańskim. Mogliśmy pytać dosłownie o wszystko, a nasz nowy kolega odpowiadał z pasją o otaczających nas górach. Towarzystwo chłopaków to był mocny punkt naszej wyprawy na Rysy. Atmosfera była fantastyczna!

W Zakopanem ugościła nas Magda – czytelniczka bloga. Noclegi w bardzo przytulnym pensjonacie jej Cioci pozwoliły nam nabrać sił przed czekającym nas wyzwaniem. Na górę mieliśmy ruszyć o siódmej-ósmej rano z parkingu w miejscowości Štrbské pleso. Okazało się jednak, że z Zakopanego to jakieś półtorej godziny jazdy autem. Zdecydowaliśmy się noc poprzedzającą wyjście na Rysy spędzić na Słowacji i wydawało nam się, że 50 euro na ten cel wystarczy…

Štrbské pleso to znana miejscowość wypoczynkowa, w której ciężko było znaleźć jakiekolwiek wolne miejsce. Za te 50 euro, po długich negocjacjach w języku angielskim, udało mi się znaleźć pokój w zrujnowanym pensjonacie. Balkony tam obrywały się, brakowało kurków w kranach, ale było względnie czysto i ciepło. Przy oknie wisiało gniazdo z małymi jaskółkami, więc przynajmniej było na co popatrzeć. (Tańsze noclegi są w miejscowościach ościennych i tam warto szukać kwater prywatnych). Pobyt tam będziemy jednak miło wspominać za sprawą innej polskiej rodziny, którą poznaliśmy podczas meldowania się w recepcji, a następnie poszliśmy razem na spacer po miasteczku.

Pobliskie Szczyrbskie Jezioro – zasiedlone przez dzikie ptactwo – wyglądało niezwykle malowniczo o zachodzie słońca. Pomarańczowe niebo odbijało się w wodzie, pokrytej coraz to szerszymi kręgami, a chmury rysowały na niej stalowo-sine plamy. Ciemne kłęby zakrywały szczyty Tatr. Uświadomiłam sobie, że następnego dnia będziemy wśród chmur wędrować. Podczas wieczornego spaceru niespodziewanie spotkaliśmy Monikę i kamerzystów Polsatu, co pozytywnie nas nastroiło i następnego ranka już całkiem swobodnie rozmawialiśmy. W umówionym miejscu na parkingu pojawił się też Jasiek z Bartkiem, od których musiałam pożyczyć kilka euro na miejsce postojowe naszego wana. Ruszyliśmy drogą asfaltową i po godzinie dotarliśmy do schroniska Popradské Pleso, zlokalizowanego nad brzegiem Popradzkiego Stawu. Można tam dojechać autem po wcześniejszym opłaceniu noclegu i otrzymaniu mailem zgody na przejazd. My te cztery kilometry musieliśmy przejść, bo schronisko nie miało miejsc postojowych. Całkiem dobra rozgrzewka dla mięśni przed czekającym nas wysiłkiem.

W słowackim schronisku spotkaliśmy grupę ratowników TOPR, kolegów Jaśka. Spojrzałam na nich badawczym wzrokiem i spytałam nieco żartobliwie czy postrzegają nas jak szaleńców. Nikt jednak nie próbował odwieść naszej rodziny od wejścia na szczyt, co odarło mnie z wątpliwości i bardzo wzmocniło. Rozłożyliśmy mapę na stole i pod okiem kamery prześledziliśmy naszą trasę. „Najpierw idziemy niebieskim szlakiem do rozdroża nad Żabim Potokiem, a następnie skręcamy na szlak czerwony prowadzący na szczyt.” Strach powstrzymuje od działania, działanie powstrzymuje od strachu. „Idźmy już” – popędzałam w duchu.

Po drodze minęliśmy trzy Żabie Stawy Mięguszowieckie. Michał doszukiwał się w tafli jezior kształtów zwierząt: raz widział żabę, by po chwili dopatrzyć się żółwia. Tymczasem nazwa stawu pochodzi od skały, wystającej z Wielkiego Stawu Mięguszowieckiego, przypominającej swoim kształtem płaza. Moją uwagę przykuła bardziej gra światła nad akwenami. Szybko poruszające się chmury rzucały cień, przez co kolory zmieniały się od ciepłych i miękkich, po chłodne i surowe. Góry pokazywały swoją nieprzewidywalność.

Na terenie Doliny Mięguszowieckiej powstaje jedna z czterech głównych rzek odwadniających Tatry – Poprad. Zasilana jest ze wszystkich potoków płynących z południowych skłonów gór. Takie szumiące cieki były również na trasie naszej wędrówki.

Wśród ogromnej masy skalnej, ludzie są jedynie kolorowymi drobinami, które bez trudu można zmieść. Niesieni wyrzutami adrenaliny parliśmy jednak naprzód, nieufnie przyglądając się niebu…Krajobraz oszałamiał! Tej przestrzeni nie da się opisać słowami. Byliśmy w Tatrach wielokrotnie i za każdym razem brakuje nam tchu z wrażenia. Potęga. Piękno. W tym wszystkim nasz Szymonek. Nasz maleńki, cudowny chłopczyk: uśmiechnięty, szczęśliwy. I Michał dzielnie pokonujący półki skalne o własnych siłach. „Ludzie mówią…eeeee nie dadzą raaaadyyy…A my daliśmy!” – powiedział potem Michałek z rozbrajającą szczerością. Z tego miejsca widać postrzępioną Grań Baszt, noszących dość szczególne nazwy…Szatan (2422 m. n.p.m.), Piekielnikowa Turnia, Diablowina, Diabla Turnia. Szlak piął się dalej po piarżystym stoku – pokrytym ostrymi okruchami skalnymi – w stronę Żabiego Konia (2291 m. n.p.m.) z piękną płytową południową ścianą i dociera do Kotlinki pod Wagą. To tu są klamry i łańcuchy. Spodziewaliśmy się, że ich pokonanie będzie dużo trudniejsze. Wcześniej bez problemu weszliśmy na Babią Górę (1725 m. n.p.m.) od Perci Akademików, gdzie również musieliśmy pokonać metalowe drabiny i poręcze. Jacek musiał szczególnie uważać podczas pochylania się przy wejściu na drabinę, by Szymon nie zwieszał w dół główki. Nietrudno wtedy o uraz czaszki dziecka. Mały łobuz był niezwykle rozbawiony tą sytuacją i zanosił się ze śmiechu.

Góry to również piękno w skali mikro. Pstrokate porosty i glony otulały krystaliczne skały. Znalazłam też kilka nieznanych nam gatunków kwiatów.

Trasa wznosi się dalej w górę lewą częścią zawalonej rumoszem skalnym kotlinki, na której stoi schronisko Chata Pod Rysami, gdzie zaplanowaliśmy dłuższy odpoczynek. Dotarli do niego również tragarze, tak zwani nosiče. W zamian za wniesienie ciężkiego ładunku, dostawali duży kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną. Wiele osób – wiedzionych ambicją – decyduje się na targanie pakunków z paliwem, żywnością i wodą, ważących 60-80 kilogramów. My mieliśmy swojego Nosicza z bezcennym ładunkiem i swój cel: pokazać, że niepełnosprawność nie jest przeszkodą, by wieść ciekawe, aktywne i szczęśliwe życie.

W drodze na szczyt zaczęły boleć mnie płuca. Szybkie tempo marszu i duże przewyższenie terenu, wymagały od organizmu wzmożonego wydatku oddechowego. Podczas wędrowania pod górę to ja jestem najsłabszym ogniwem naszego czteroosobowego zespołu. Ale nie dałam tego po sobie poznać, jestem przyzwyczajona do bólu. Nie powstrzymuje mnie on, nie zniechęca. Po chwili zapanowałam nad oddechem i zaczęłam rozglądać wokoło z większą uwagą…Ale pięknie!

Najtrudniejsza część naszej wyprawy była pod samym wierzchołkiem Rysów (2499 m. n.p.m). Musieliśmy być niesamowicie skoncentrowani. Jasiek doskonale radził sobie z Michałem, a Bartek wyznaczał mojemu mężowi półki skalne, na które bezpiecznie może postawić stopę. Należy pamiętać, że osoba niosąca dziecko przed sobą, nie widzi własnych nóg. Jest to bardzo dużym utrudnieniem, szczególnie podczas schodzenia, gdy stopa „wyciąga się” i jest mocno naprężona.

Kiedy oglądam pamiątkowe fotografie, wzruszam się do łez. W moim Mężu – na co dzień wycofanym i nieprzeciętnie wrażliwym – drzemie olbrzymia siła i determinacja! Z podziwem patrzyłam jak niesie naszego syna. Wystarczy spojrzeć w dół zbocza, by uzmysłowić sobie potęgę, z jaką się zmierzyliśmy. Z jaką zmierzył się mój Mąż…To była jego  walka. Wysokie Tatry odsłoniły te wszystkie cechy, za które tak kocham i szanuję Jacka: dla niego rodzina jest największą wartością. Wniósł nasze dziecko na wierzchołek Polski, byśmy mogli być tam razem. Ciężko o piękniejsze świadectwo miłości i przywiązania.

Zrobiliśmy to! Jakkolwiek był to szalony pomysł, my go zrealizowaliśmy. Razem! Oczy szkliły się ze wzruszenia, a serce biło jak szalone. My naprawdę zdobyliśmy Rysy z dwójką niepełnosprawnych dzieci!!! Nie ma rzeczy niemożliwych, kiedy się czegoś bardzo pragnie. Ileż musiało się w naszym życiu wydarzyć, byśmy mogli dotrzeć do tego miejsca…W głowie przemknęły obrazy z oddziału intensywnej terapii, nasze spory z deweloperem, kłopoty z bankiem, wszelkie małżeńskie nieporozumienia, rodzicielskie porażki. Wszystkie nasze popełnione błędy przekuliśmy w niewiarygodną siłę. Trudno się dziwić, że nie potrafiliśmy opanować łez. Jacek dostał ode mnie breloczek z wygrawerowaną sentencją: „Szczyt szczęścia to Ty! Iga. Rysy 2018”. Wiedziałam, że nas nie zawiedzie.

Szymon wirował wśród chmur, jego szczerbaty uśmiech był zapowiedzią tego, co potem – z pomocą Cyber Oka – głośno nam wyartykułował: „Kocham Cię! Jestem szczęśliwy!”. To były jego pierwsze, świadomie wypowiedziane słowa w życiu. Z naszej wyprawy powstał materiał do Wydarzeń w Polsat News oraz piękny, dwunasto- minutowy reportaż autorstwa Moniki Zalewskiej. Udzieliśmy wielu wywiadów, kilku redakcjom zmuszeni byliśmy odmówić. Przytłoczyło nas zamieszanie wokół naszej rodziny. Przede wszystkim jednak uważaliśmy, że nikt lepiej nie opowie naszej historii niż Monika, która jest fantastyczną, niezwykle silną kobietą. I była tam z nami.

http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2018-08-30/z-dwoma-niepelnosprawnymi-synami-zdobyli-rysy-najwyzszy-szczyt-w-polsce/

https://wiadomosci.wp.pl/zdobyli-szczyt-z-dwojka-niepelnosprawnych-dzieci-nie-ma-rzeczy-niemozliwych-6290289038215297a

Powiedziała mi, że góry obnażają ludzi, pokazują ich takimi, jacy są naprawdę. Nam udało się skompletować zespół, któremu zawdzięczamy niezwykłą atmosferę podczas wyprawy oraz podczas jej przygotowań. Monika, Jasiek, Bartek, Panowie kamerzyści, Magda, Wyprawy Leona, Rodzino Rak…Serdecznie Wam dziękujemy! Należy też wymienić moją mamę, która w tym czasie opiekowała się dwoma nibyjorkami. Jesteśmy wdzięczni firmie Lenny Lamb za ofiarowanie Szymkowi specjalnego nosidła, bez którego nie bylibyśmy w stanie wędrować razem z ciężko porażonym dzieckiem (uściski dla osoby, która zainicjowała tę pomoc).

Ogromne podziękowania należą się również dla portalu Tatromaniak, Fundacji „W górach jest wszystko, co kocham”, Klubowi Zdobywców Korony Gór Polski, PTTK za pomoc w zbiórce funduszy na komunikator dla Szymka, z całego serca dziękujemy Darczyńcom.

Kiedy będzie Ci szalenie źle, pamiętaj…

NIE BÓJ SIĘ JUTRA, NIECH JUTRO BOI SIĘ CIEBIE…

 

***

2 thoughts on “Rysy 2499 m. n.p.m.

    1. Jeśli możemy kogoś w ten sposób pocieszyć, to dlaczego nie? Kiedy urodziło się moje starsze dziecko, próżno szukałam w internecie jakieś historii o wcześniakach ze szczęśliwym zakończeniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *