#wgóryzmpd

Przyczepka Thule. Ślęża 717 m. n.p.m. Jagodna 977 m.n.p.m.

Podczas ostatniego wyjazdu w góry próby stabilizowania porażonego Szymka w drewnianych sankach okazały się daremne. Dziecko kilkukrotnie zanurkowało buzią w śniegu, bo konstrukcja wypełniona gąbką i kocami, łatwo wywracała się po przejechaniu przez zaspę. Rozwiązanie pojawiło się niespodziewanie. Dzięki wokaliście Domu o Zielonych progach firma Thule poznała naszą historię i wypożyczyła do przetestowania przyczepkę z płozami, byśmy mogli sprawdzić jej użyteczność dla dziecka ze zmiennym napięciem mięśniowym.

Szymon jest wiotki, garbi się i „przecieka” przez ręce przy każdej próbie stabilizowania jego postawy. Napięcie w kończynach dolnych ma natomiast wzmożone, szczególnie po lewej stronie, przez co syn przyjmuje asymetryczne pozycje i ma predyspozycje do zwichnięć w prawym udzie. Dotąd właściwie pozycjonowanie Szymka możliwe było w masywnym wózku inwalidzkim, mającym klin i odpowiednie peloty. Na pierwszy test przyczepki Thule Chariot Cross 1 wybraliśmy najłatwiejszy, żółty szlak na pobliskiej Ślęży.

26 stycznia

Już podczas pakowania do auta zwróciliśmy uwagę, że „buda” jest bardzo lekka i składa się do niewielkich rozmiarów. Regulowana uprząż biodrowa oraz teleskopowe dyszle i płozy zmieściły się na długość do bagażnika Sharana. Po dotarciu na przełęcz Tąpadła, Jacek bardzo szybko zamontował zestaw narciarski:

– płozy zakłada się w miejsce tylnych kół bez użycia jakichkolwiek narzędzi, wystarczy „kliknąć” bolec,

– dyszle montuje się w miejscu przednich kół i stabilizuje niebieskim klipsem,

– przy łączeniu rurek dyszli, należy sprawdzić czy naszły na siebie otwory i zabezpieczyć je „kluczykami” zwisającym na czarnych paskach,

– pas biodrowy zapinany  jest na jedną klamrę.

Mąż założył raczki, by nie ślizgać się na śniegu i mocniej zapierać nogami podczas wchodzenia pod górę. Korzystając z zestawu narciarskiego Jacek widział drogę pod nogami i miał wolne obie ręce – to dla niego ogromne udogodnienie.

Przyczepka okazała się zadziwiająco przestronna, co ma istotny wpływ na komfort podróżowania. Nas jednak bardziej interesowało, jaką pozycję przyjmie siedzący Szymek. W dotychczasowej dwuosobowej przyczepce Querido Speedkid2, wiotkie dziecko miało umiejscowiony punkt ciężkości ciała nie na pośladkach lecz w okolicy lędźwiowej kręgosłupa. Sprawiało to wrażenie, jakby syn „wisiał” na pasach. W przyczepce Querido problemem była również ilość miejsca na nogi. Nasze niepełnosprawne dziecko, prężąc się, wyciągało nóżki do przodu, rozpinając przy tym rzep mocujący wejście do przyczepki. Wielokrotnie zdarzało się, że bucik ortopedyczny Szymonka ocierał o tylne koło w rowerze i musieliśmy się zatrzymywać. W przyczepce Thule Sport jest dużo miejsca na spastyczne nogi, a dziecko zasiadło w niej jakby „głębiej”, przenosząc ciężar ciała na pupę. Podkładając wałek pod kolanka, udało nam się dość dobrze ustabilizować pozycję siedzącą syna. Resztę dopełniły długie poduszki, ułożone po bokach ciała. Pozostało sprawdzić, jak będzie układał się kręgosłup Szymona, gdy przyczepka na płozach ruszy.

Każdy krok Jacka powodował, że wiotkiemu dziecku bujała się głowa. Może to kwestia regulacji amortyzatorów? Obawiałam się, że Szymon pochyli się na bok lub poczuje mdłości. Syna to jednak niesamowicie bawiło i rechotał całą drogę na szczyt. Co ważne, pięciopunktowe pasy dość dobrze stabilizowały pozycję syna i nie musieliśmy niczego poprawiać. Zdaje się, że w przypadku porażonego dziecka najistotniejsze jest to, jak głęboko „osiądą” pośladki na siedzisku. Niedawno znakomita ortopeda dr Guszkiewicz -Fraś – podczas rozmowy na temat górskiego nosidła – wyjaśniła mi, że ustawiając odpowiednio pupę porażonego dziecka, niejako wyłącza się mięśnie odpowiedzialne za zwichnięcia bioder i niweluje spastyczność. Ten – intuicyjnie podkładany przez nas – wałek pod kolanami, okazał się więc dość istotny przy transportowaniu Szymona w przyczepce.

Do syna mieliśmy szybki i całkiem dobry dostęp. Zamek rozpina się na wysokość główki dziecka, dzięki czemu mogliśmy bez trudu poprawić Szymkowi czapeczkę czy otrzeć ślinę z buzi. Jest to zupełnie inne rozwiązanie, niż w naszym dotychczasowym pojeździe Querido, gdzie mieliśmy do czynienia z długim sufitem, a dostęp do Szymka był jedynie z przodu przyczepki od strony nóżek dziecka. Zmuszona byłam wchodzić całym tułowiem do środka „budy”, by dosięgnąć twarzy syna. Pewnie nie jest to problemem, gdy ma się sprawnego maluszka, który może się samodzielnie pochylić czy przesunąć.

„Ulga” – to pierwsze skojarzenie, które przychodzi mi na myśl, gdy patrzę na radosną, spokojną twarz Jacka na zdjęciach. Choć ciągnięcie przyczepki wiąże się ze wzmożonym wysiłkiem podczas marszu, jest jednak zdecydowanie mniej wyczerpujące, niż noszenie Szymka w nosidle. Brnięcie przez głębszy śnieg przy dodatkowym ciężarze na klatce piersiowej, znacząco obciążało kręgosłup i kolana mojego Męża. Wykorzystanie pasa biodrowego do transportowania syna, całkowicie zmieniło rozkład naprężeń na szkielet i mięśnie dzielnego Taty. Może zestaw narciarski to odpowiedź na nasze pytanie, co będziemy robić zimą, gdy Szymon będzie zbyt ciężki do noszenia?

Michał niósł jabłuszko, by pozjeżdżać na bardziej stromych odcinkach trasy. Takich jednak nie napotkaliśmy, tylko – przykryte grubą warstwą śniegu  – schody Kościoła Rzymskokatolickiego pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, miały wystarczające nachylenie. Michał świetnie się bawił, aż zaparowały mu okulary.Ślęża 717 m. n.p.m. okazała się zjawiskowo piękna! Ośnieżone drzewa i pogańskie posągi, wyglądały niczym z baśni. Nazwa góry pochodzi prawdopodobnie od starosłowiańskiego wyrazu „ślęg”, co oznacza miejsca podmokłe i spowite często mgłą. Tutejszy klimat charakteryzuje się stosunkowo dużą ilością opadów.

Za kościołem niespodziewanie zerwał się porywisty wiatr, który zacinał kryształkami lodu. Natychmiast zrobiło nam się zimno, a podmuchy były tak silne, że Szymek nie mógł złapać oddechu. W dość pojemnej sakwie mieliśmy przezroczysty pokrowiec, umożliwiający osłonięcie dziecka przed deszczem i wiatrem. Mocowanie okazało się mało intuicyjne i zanim udało nam się przypiąć folię, palce zaczęły nam drętwieć z zimna. Oczywiście wszystko jest kwestią wprawy. Wykorzystanie klamerek i i zatrzasków pozwalałoby jednak na błyskawiczną reakcję w ekstremalnych sytuacjach. Możliwość podpięcia do przyczepki zrolowanego pokrowca, który w razie potrzeby można natychmiast rozwinąć, również byłby dużym udogodnieniem dla użytkowników Chariot Cross.

Nie wszyscy wiedzą, że szczyt oznaczony jest przy wieży widokowej. Należy zatem obejść kościółek i po krótkim marszu dociera się do skał, na których ulokowano betonowy obiekt. Musieliśmy przebrnąć przez wąski przesmyk pomiędzy wielkim głazem po lewej stronie, a mniejszymi skałami i pniami drzew po prawej. Droga ta była dość mocno przysypana świeżym śniegiem i nie wiedzieliśmy, że zapadające się płozy, zahaczają się o kamienie. W pewnym momencie byłam przekonana, że połamaliśmy jedną z płóz. Tymczasem tworzywo, z jakich zostały one wykonane, okazało się niezwykle elastyczne. Płozy zwyczajnie wyginały się po natrafieniu na przeszkodę, a potem sprężyście wracały do pierwotnego kształtu i ułożenia. To było zaskakujące. W trudniejszym terenie wystarczyło, że asekurowałam dziecko, podtrzymując wózek za rączkę i można było kontynuować podróż. Widok od strony wieży na przesmyk:

Po przebrnięciu przez skały, Szymon nadal siedział z wyprostowanymi plecami. Mimo srogiego mrozu, dziecku było ciepło. To była doskonała wiadomość! Otworzyły się przed nami zupełnie nowe możliwości i przepełniała mnie radość. Z uśmiechem na ustach bisujemy Koronę Gór Polski, Ślęża zdobyta zimą!

W sali bufetowej schroniska nie było miejsca, by bezpiecznie położyć niepełnosprawnego człowieka. Odpoczęliśmy jednak, gdyż gospodarze obiektu zgodzili się na wniesienie do środka przyczepki. Ułożyliśmy dziecko dość wygodnie na grubym kocyku na złożonej „budzie”, dzięki czemu Szymon mógł się rozprostować (powstało coś na kształt przewijaka z burtami), a my napiliśmy się gorącej herbaty z termosu i zjedliśmy szarlotkę. Potrzeba matką wynalazku…

27 stycznia

Zachęceni sukcesem sobotniej wyprawy, postanowiliśmy sprawdzić, czy jesteśmy w stanie wykorzystać przyczepkę z płozami zgodnie z jej głównym przeznaczeniem: do uprawiania narciarstwa. Czy to możliwe, że całą rodziną zdobędziemy Jagodną na biegówkach? Do tej zajmowałam się Szymkiem, by Michałek z Tatą mogli szusować na stoku. Pogodziłam się z myślą, że jestem wykluczona z tej aktywności i zwyczajnie nudzę się w czasie, gdy Mąż ze starszym synem jeżdżą na nartach. Nawet nie miałam skompletowanych ubrań, pozwalających na uprawianie sportów zimowych. Odziałam się więc w jedyne rzeczy, które dawały mi względny komfort cieplny i próbowałam się – na tych biegówkach – nie zabić.

Ledwo dotarłam do pobliskiej oślej łączki, a jazda na szczyt zdawała się czymś zupełnie nierealnym do wykonania. Ale upór to wiodąca cecha mojego piekielnego charakteru. Ja chciałam zdobyć tę górę na nartach biegowych i nic nie mogło mnie powstrzymać. Jacek natomiast doskonale radził sobie na torze, ciągnąc Szymka w Chariot Cross. Rozstaw płozów zestawu narciarskiego jest zdecydowanie szerszy od ratrakowanego śladu. Kiedy trasa była pochylona, pod wpływem sił grawitacyjnych przyczepka – umocowana na długich dyszlach – przemieszczała się na boki. Nigdy jednak nie zdarzyło się, by płoza wpadła w ślad dla narciarzy. Jacek nie odczuwał  więc żadnego dyskomfortu podczas jazdy na zakrętach. I zasuwał z Szymkiem, podziwiając góry Bystrzyckie otulone bielą.

Po niemal pięciu kilometrach walki z własnymi ograniczeniami, ja również dotarłam na szczyt. Całą rodziną zdobyliśmy kolejną koronną górę i to na nartach! Jagodna 977 m. n.p.m.Udowodniliśmy, że niepełnosprawność syna nie jest przeszkodą, by wieść aktywne, rodzinne życie i bogacić się o kolejne bezcenne wspomnienia. Niemożliwe staje się możliwe, trzeba tylko poszukać sposobu, by ominąć ograniczenia wynikające z choroby dziecka. Zdobyliśmy Rysy dzięki specjalnej uprzęży dla Szymka, a teraz cała nasza czwórka jeździła na biegówkach za sprawą…przyczepki rowerowej Thule. Dwie elastyczne płozy okazały się rozwiązaniem, integrującym naszą rodzinę.

Przede mną było jeszcze kolejne, spore wyzwanie. Choć zrezygnowaliśmy z powrotu bardziej stromą trasą i tak czekały na mnie ze trzy pagórki do pokonania. Wymyśliłam sobie, że będę dość mocno dociskać narty do boków toru, by nie nabierać prędkości. Po kilku metrach zjeżdżania w dół stoku zrozumiałam, że tej siły nie da się poskromić. Błyskawicznie rozpędzałam się, a moje ciało rozpaczliwie szukało stabilizacji, do tego uderzały we mnie silne podmuchy wiatru. „Nie zatrzymasz się, to daaaaawaaaaaj Igaaaaa!” – nie ugięłam się. Zjechałam ze szczytu Jagodnej, wyhamowałam na dłuższej prostej. Trzęsłam się z emocji, adrenalina buzowała. Woooow! To było wspaniałe. Tę moją radość mogłam dzielić z najbliższymi. Byliśmy tam razem!

Z całego serca dziękujemy Firmie Thule za użyczenie sprzętu. Jesteśmy zachwyceni możliwościami, jakie obecnie otworzyły się przed nami! Mamy nadzieję, że potrzeby osób niepełnosprawnych zostaną przez Państwa dostrzeżone i w najbliższych latach firma zaprezentuje model przyczepki dostosowany do specyficznych potrzeb niechodzących nastolatków. Chciałabym, by ta piękna, górska przygoda trwała nadal. Pokładam w firmie Thule ogromną nadzieję.

Dziękujemy Wojtkowi Szymańskiemu, który po raz kolejny wsparł naszą walkę o szczęśliwe dzieciństwo Szymona.

***

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *